POPULARNE Amazon zamierza skopiować pomysł Polaka. Walka do ostatniego paczkomatu

JAK TO JEST ZROBIONE?

Wydawnictwo TXT Publishing (http://txtpublishing.pl/?section=selfpublished) wydało właśnie pierwszy numer "Print Control", który zbiera najciekawsze rozwiązania projektowe pojawiające się w publikacjach książkowych, magazynach i innych drukach ulotnych. Aby rozreklamować choć trochę tę niebanalną książkę, przytaczam poniżej mój tekst, który (w lekko zmienionej formie) można będzie w niej przeczytać.

"Jak to jest zrobione? Honza Zamojski opowiada o schemacie produkcji książek self-publishingowych" (zapis ze spotkania towarzyszącego wystawie „Spojrzenia – Konkurs Deutsche Bank” 2011)

Od kwietnia 2010 roku prowadzę wydawnictwo Morava. W ciągu dwóch ostatnich lat zaprojektowałem, zredagowałem, a następnie wydałem 12 autorskich książek oraz kilka tzw. edycji czyli niskonakładowych druków, można powiedzieć – grafik, przygotowanych specjalnie dla mojego wydawnictwa. Na potrzeby tego wykładu rozrysowałem wcześniej schemat „Procesu powstania artbooka”. Nie przepadam za słowem „artbook”, ale nie znalazłem żadnego innego, które by opisywało publikacje, jakimi się zajmuję. Schemat mój pokazuje zależności, jakie występują pomiędzy podmiotami zaangażowanymi w produkcję książki. Książki, przy której nierzadko jedna osoba odpowiada za projekt, redakcję i dystrybucję. W skrócie mówiąc, chodzi po prostu o pokazanie, jak samodzielnie wydawać autorskie projekty książkowe w nakładzie dostępnym dla przeciętnego czytelnika, czyli według mnie musi to być minimum 100 egzemplarzy.
Aby usystematyzować posiadaną wiedzę, zadałem sobie na początku pytanie: co jest najważniejsze w procesie powstawania takiej właśnie książki? Odpowiedź była zaskakująca, ponieważ doszedłem do wniosku, że to pieniądze są na szczycie piramidy produkcji książki. Dlatego zanim zacznę pracę nad jakąkolwiek publikacją, muszę wiedzieć, ile mogę na nią wydać i jak ten konkretny budżet ma się do moich oczekiwań i zebranego materiału. Od razu muszę zaznaczyć, że na wydawaniu tego typu książek się nie zarabia, w najlepszym razie wychodzi się na zero. Ponieważ budżet najczęściej nie zależy ode mnie, kwestię tę pozostawiam na boku.


IDEA
Idea każdej książki, którą mam zamiar wydać, przychodzi od jej autora do mnie,
a materializuje się dzięki drukarni. Przez cały czas pracy nad książką muszę pamiętać, że ma ona ostatecznie trafić do czytelnika, że na zadrukowaniu kilku arkuszy papieru się nie kończy. Tak więc już na wstępie koncept powinien uwzględniać jak najwięcej – od istotnych rzeczy, takich jak budżet, po błahe detale, np. w jakiej kopercie będziemy wysyłać książkę. Sam pomysł oraz zebrany materiał to, mimo wszystko, zbyt słaby pretekst aby wydawać książki. To, co ładnie wygląda na monitorze lub tekst, który dobrze się czyta, często nie wystarczają, żeby wydać kupę kasy na druk i dystrybucję. I to jest kluczowy moment, w którym muszę wcielić się w rolę edytora, a następnie projektanta tak, aby IDEĘ uczynić przystępną dla czytelnika. Jestem jak Światowid z czterema twarzami, który widzi wszystko. Edytor – sukinsyn.
Zaczynam więc pracować nad projektem, sprawdzam teksty kilka razy, a w przerwach przeprowadzam dyplomatyczne konsultacje z autorem książki. Zdarzają się oczywiście rzeczy niezależne od wydawcy i/lub projektanta: błędy językowe, projektowe itp, ale to, na co mam wpływ, zawsze staram się dopracować w najdrobniejszych szczegółach. To jest komfort niezależnych wydawców, z którego rzadko który korzysta: nigdzie nam się nie śpieszy i nikt nie wymaga od nas, aby te książki w ogóle powstawały. Dlatego, im więcej czasu poświęcimy na edycję i przygotowanie wszystkich materiałów, tym lepszą rzecz wyprodukujemy. Zanim jednak zaczniemy edytować książkę, warto nawiązać współpracę z drukarnią.


DRUK
Drukarnia to dla każdego wydawcy najważniejsze miejsce pracy. Możemy mieć pieniądze, zespół doskonałych projektantów, świetny materiał, ale to w drukarni nasze marzenia się spełniają. Drukarnie zazwyczaj są trudnymi partnerami, zwłaszcza jeśli chodzi o małe nakłady i nietypowe elementy introligatorskie. Dlatego kontaktując się z drukarnią, powinniśmy się z nią zaprzyjaźnić. Tak więc jeździmy tam, prosimy o próbki papieru, których nigdy nie użyjemy, oglądamy próbki płótna, którego również nigdy nie użyjemy, pytamy, co wcześniej drukowali. Z czasem między wydawcą i drukarnią wytwarza się niemal symbiotyczna zależność. Mikoryza w mikroświecie papieru. Warto wszystkie pomysły oraz nawet najdrobniejsze zmiany konsultować z naszą zaprzyjaźnioną drukarnią, ponieważ często te właśnie świetne pomysły są za drogie lub nierealne do wykonania przy niskim nakładzie artbooka. Każdy wydawca musi się przyzwyczaić do tego, że w drukarni często będzie słyszał słowo NIE. Nim rozpoczniemy proces drukowania, musimy wybrać papier, co nie jest łatwe, bo wzorników papieru jest mnóstwo. Papier należy wybrać bardzo uważnie i poznać wcześniej jego właściwości, ponieważ każdy surowiec wymaga innego przygotowania zdjęć do druku. Niektóre wymagają lakierowania, grubszy – gorzej się falcuje, papiery o niskiej gramaturze nie są najlepsze do reprodukcji. Moment wyboru papieru jest w zasadzie nieodwracalny, ponieważ kiedy drukarnia zamówi dla nas pół tony surowca, to nie możemy już z niego zrezygnować, a papier w całościowych kosztach produkcji książki stanowi lwią część.
W drukarni kontaktujemy się z wieloma osobami. Na pewno musimy skontaktować się z kimś z tzw. CTP, gdzie będą impozycjonować przysłany plik oraz naświetlać płyty offsetowe. Następnie warto dowiedzieć się, kto pociąga za sznurki w introligatorni. Współpracowałem z kilkoma drukarniami i, cóż za koincydencja, zazwyczaj była to pani Jolanta lub pani Mariola lub pani Basia. W introligatorni wybieramy typ oprawy, np. klejoną lub szytą oraz kolory nici i kapitałek. Jednak spośród wszystkich osób w drukarni najważniejszy jest drukarz. Drukarz zazwyczaj nie lubi swojej pracy, swoich szefów i uciążliwych klientów. Do tej pory drukował ulotki i nikt nie przyjeżdżał ich oglądać i oceniać, a tu nagle przyjeżdża ktoś taki jak ja, kto wymaga drobiazgowego sprawdzania każdego zadrukowanego arkusza. Drukarz marudzi, jak ktoś stoi mu za plecami, ale można go zarazić naszym chorym entuzjazmem. Drukarza warto mieć po swojej stronie.


DYSTRYBUCJA
Książka została wydrukowana i jesteśmy z niej zadowoleni. O 6 rano przyjeżdża kurier z drukarni, zostawia nam 40 pudełek z naszą książką, które musimy wnieść na czwarte piętro tylko po to, żeby je rozpakować, zapakować w inne pudełka, znieść z czwartego piętra, pójść na pocztę i wysłać książkę do naszego dystrybutora lub detalisty. Księgarnie najczęściej nie kupują książek od wydawców, tylko biorą je w komis i najchętniej rozliczają się raz na rok. Dlatego nie ma co liczyć, że to, co zainwestowaliśmy w książkę nam się zwróci. Jeśli nawet, to po roku, a wówczas nie będziemy pamiętali, za co jakaś księgarnia zrobiła nam przelew na 63,45 zł. Kiedy już wyślemy księgarni 3 ze 100 egzemplarzy, które wydrukowaliśmy, jesteśmy tak podekscytowani, że informujemy o tym wszystkich dookoła. Na Facebooku robimy wydarzenie, że „wysłaliśmy 3 egzemplarze do księgarni” i czekamy. Po roku dostajemy maila z księgarni, że bardzo im przykro, ale sprzedała się 1 z 3 kopii i czy chcemy się rozliczać, czy wolimy zwrot pozostałych 2 książek. Decyzja, która nie ma zbyt wiele wspólnego z ekonomią, należy do nas. Chcemy dostać z powrotem obmacane książki, czy zostawimy je w supertrendy księgarni?


EWALUACJA
Na takich książkach, o których mówię, nie da się zarobić, chyba że z czasem udaje nam się produkować duże nakłady. Na samym początku mojej przygody wydawniczej zdecydowałem, że jeśli książka nie będzie tego wymagać, będę publikował tylko po angielsku. Wolę wysłać kilkadziesiąt egzemplarzy za granicę i sprzedać ją po 15 euro za sztukę, nawet przy bandyckich marżach księgarni. Niestety polski rynek jest zbyt mały i słaby, żeby próbować się z niego utrzymać. Księgarnie biorą do sprzedaży 3-5 egzemplarzy każdego tytułu, z czasem zamówienia skaczą maksymalnie do 10 sztuk. Łatwo więc policzyć, że jeśli w Polsce jest około 10-15 takich księgarni, to trzeba mieć na początek przynajmniej 100 egzemplarzy. Przy takim nakładzie koszt produkcji nie jest w stanie się zwrócić. Jeśli ktoś wydrukuje 2000 egzemplarzy i ma dobrą sieć dystrybucji, to może dawać większe rabaty księgarniom, obniżyć cenę jednostkową i jeszcze na tym zarobić, ale przy nakładzie do 500 sztuk nie ma szans na zwrot zainwestowanych pieniędzy. Należy tu wspomnieć, że koszty druku nie rosną proporcjonalnie do nakładu – o ile różnica w kosztach przy wyprodukowaniu 100 a 500 egzemplarzy jest duża, to już np. między 500 a 1000 ta różnica nie jest taka sama. Jednak, co zrobić potem z takim dużym nakładem, gdzie go przechowywać i kto to w ogóle kupi? Z własnego doświadczenia wiem, że w Polsce można sprzedać ok. 50 egzemplarzy artbooka w ciągu pół roku. Nie mam pojęcia, czemu niektóre sprzedają się lepiej, a inne gorzej. Wiem, że cena nie jest najistotniejszym czynnikiem, który wpływa na popyt. Po dwóch latach działalności dochodzę do wniosku że książka może wyglądać raz lepiej, raz gorzej, ale przede wszystkim musi być dostępna.



Więcej o książce "Print Control":
Tekst linka
Tekst linka
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj