Świat

Raymond Cartier – Die Welt [Im Bertelsmann Lesering, Hamburg 1957]






Podtytuł tego albumu w zasadzie tłumaczy jego zawartość.
Woher sie kommt, wohin sie geht.
Skąd ten bajzel się wziął i dokąd zmierza?

Na okładce autor książki jest bardziej precyzyjny. W obrębie abstrakcyjnej i agresywnej figury wpisane są cztery słowa: der Kosmos, die Erde, das Leben, der Mench. Już sam dźwięk tych wyrazów może przyprawić o drżączkę. Słyszę „der Kosmos” i wiem, że jest to kosmos zimny i pusty. To kosmos, w którym Ziemia może być jedyną zamieszkaną planetą, a wyprawy w celu podboju innych ciał niebieskich kończą się tragicznie. To czasoprzestrzeń tak nieskończenie wielka, że każdego racjonalistę powinna była już dawno wpędzić w depresję, a echo „Hello” Lionela Richie będzie się niosło przez lata świetlne.

„Die Erde” to kataklizmy, apokalipsa, trzęsienia ziemii i tsunami, zagłady gatunków, wielkie bum. Dinozaury giną rozrywane na kawałki, gleba wysycha, erozja obraca miasta w piach. Kaboom!

„Das Leben” daje nikłą nadzieję, że życie ma sens, ponieważ praca ma sens, ponieważ praca to postęp, a postęp postępuje wprost proporcjonalnie do wykonanej pracy. Ha! Naiwny, kto tak myśli i da się zwieść w tym miejscu książkowej opowieści. Wszelkie wątpliwości rozwiewa bowiem „der Mensch”. Bo jak tu zaufać ludzkości, której reprezentacją są czterej troglodyci w cylindrach na głowie?











Trwa ładowanie komentarzy...